niedziela, 8 grudnia 2013











Alissa II
Po śmierci mojej Alissy I w lutym 2010 chciałam mieć dużego psa. Ceci – moja Ciocia, z która zamieszkiwałam, bywała coraz częściej w szpitalu, a na zarośniętej krzakami i drzewami działce, tylko w asyście mojego szczekliwego Piesia, nie czułam się za pewnie. Poszukiwałam owczarka niemieckiego lub jakiegoś innego wilczurowatego psa, na podobieństwo Alissy.  Nie musiał być rasowy, nie miałam aż takich wymagań; Alissa była mieszańcem, bardzo ładnym i mądrym. Generalnie uważam, że owczarki niemieckie, czy inne wilczurowate są mądre z urodzenia. Na początku szukałam po hodowlach, ale z czasem zaczęłam przeglądać ofertę schronisk, gdyż stwierdziłam, że szczeniaka, siusiającego gdzie popadnie i gryzącego, co podleci nie mam ochoty wychowywać. Któregoś razu nawiązałam kontakt mailowy z jakąś panią, będącą woluntariuszką przy schronisku i po wyjaśnieniach okazało się, że to moja sąsiadka z pól, prowadząca dom przejściowy dla psiaków ze schronisk.
Jakoś tak z końcem kwietnia pani Beata zapytała mnie mailem, czy wzięłabym bezpańską sukę owczarka niemieckiego, która aktualnie ganiała po lesie w Markach, tropiona przez leśniczego. Wyraziłam zainteresowanie i kilka dni później, kiedy pan leśniczy już złapał tę psicę, otrzymałam mailem jej zdjęcia. Strasznie smukła była i z ogona widać, że nie rasowa, ale powiedziałam, że mi to nie przeszkadza i dostałam telefon do pana leśniczego, aby się z nim umówić na odbiór zwierzaka. Umówiliśmy się na sobotę 8 maja 2010; pan mi wyjaśnił jak do niego trafić, prosząc, abym była, przed 15: 00, bo musiał wyjechać. Nabłądziłam się, co niemiara; po raz pierwszy zapaliłam papierosa w moim nowym samochodzie ze strachu, że nie trafię na czas; telefon mi się rozładowywał i już widziałam się zagubioną w lasach markowskich. W pewnym momencie zaparkowałam na poboczu jakiejś jezdni, przy której urzędowały tirówki i obawiałam się, że dostanę w łepetynę za psucie im interesu. W końcu po wielu trudach i chyba dwugodzinnej włóczędze od momentu wyjazdu z domu dotarłam do pana leśniczego. Sunia biegała w ogrodzeniu razem z miejscowymi ogarami. Była strasznie wysoka, co jeszcze potęgowała jej niezwykła chudość. Była już tydzień w tym miejscu, normalnie karmiona, a żebra i biodra jej nadal sterczały spod zmierzwionego futra. Była krótkowłosa, nie tak kosmata jak moja Alissa I. Pan leśniczy wszedł ze mną do zagrody dla psów i sunia podbiegła do mnie i wspięła się na tylne łapy, kładąc mi przednie na ramionach. ‘Alissa’ – powiedziałam i dałam jej pół pęta kiełbasy podwawelskiej, którą specjalnie w tym celu zabrałam. Wędlina momentalnie zniknęła w pysku i sunia przybiegła po więcej. Dostała drugą część i razem zaczęliśmy się kierować do mojej limuzyny. Miała jakąś czerwoną obrożę na szyi, zapięłam smycz i otworzyłam drzwi samochodu. Bałam się, że może nie będzie chciała wejść, tak jak Alissa I, ale nie, weszła chętnie. Spytałam się jeszcze pana leśniczego, w jakim wieku może być sunia i on autorytatywnie stwierdził, że ok. 1 roku. Jakoś ją przymocowałam smyczą do tylnych zagłówków, żeby mi nie przeszkadzała w kierowaniu i wysłuchawszy instrukcji pana leśniczego jak mam dojechać do Warszawy, ruszyłam w drogę.
Sunia trochę się kręciła na tylnej kanapie, wyglądała ciekawie przez okna, ale nie szczekała. Dojechałyśmy do domu bez niespodzianek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz